niedziela, 4 stycznia 2015

She's always a woman to me

Cześć,
   Nie, nie umarłam. Ale niestety rozdziału dzisiaj nie będzie. Mam niestety problem z moim fantastycznym komputerem. Rozdział 4 jest w pełni napisany i ukaże się jak tylko ja i Stefan (czyt. mój komputer) zażegnamy nasz mały konflikt małżeński. 
Żeby wam wynagrodzić długą nieobecność mam dzisiaj dla was Miniaturkę. 

------------------
She's always a woman to me

Drogi Jamsie,

   Mam nadzieję, że wiesz jak bardzo Cię nienawidzę. Ale niestety, mimo że jesteś wyjątkowym kretynem Valerie z jakiegoś powodu Cię kocha. A skoro mam być (o zgrozo!) świadkiem na waszym ślubie postanowiłem, że moim prezentem ślubnym dla Ciebie będzie właśnie ten list. 
Może Ci się wydawać, że Valerie jest taką nieśmiałą dziewczynką, która mówi "proszę" i "przepraszam"? Muszę Ci się przyznać, że nigdy nie usłyszałem z jej ust ani jednego, ani drugiego. 
A teraz czas na trochę prawdy o Valerie. 
Ta dziewczyna może Cię zabić uśmiechem, może zniszyć Twoją wiarę swoimi przpadkowymi kłamstwami. Będzie Cię pytać o prawdę, ale nigdy w nią nie uwierzy. A jeżeli ją skrzywdzisz zniszczy Cię w sposób, którego się najbardziej boisz. Ja będę jej potrzebny tylko do tego żeby zakopać Twoje ciało, bo przecież Valerie nie może zniszczyć sobie paznokci, prawda? 
Ona będzie brała wszystko co jej dajesz tak długo, jak to będzie darmowe. Tak, ona kradnie jak złodziej, ale ukrywa się jak dziecko. 
Valerie często bywa miła, ale niespodziewanie może stać się okrutna. Może zrobić wszystko, co jej się spodoba i nie zostanie oskarżona. Ona po prostu urodziła się aby wygrywać. A ja urodziłem się po to, żeby ja kochać. 
A, i wiedz jeszcze jedno: ona beztrosko Cię zrani i będzie się przyglądać, gdy ty będziesz krwawić.
Obwiniaj za to siebie, James. Valerie zawsze będzie kobietą dla mnie.

Z wyrazami szczerej i zapewnie wzajemnej nienawiści

Henry Bright


------------------

Miniaturka jest oparta na piosence She is always a woman to me 

sobota, 20 września 2014

Rozdział 3 Everything is going to be ok.


Rozdział 3 Everything is going to be ok.
 
,,Nasz jedyny obowiązek wobec historii to pisać ją na nowo''
Oscar Wilde

 

Kretyn. Kretyn. Debil. Idiota. Dupek.

Szłam przed siebie próbując wyrzucić z pamięci wstydliwe wydarzenie. Na początku czułam tylko gniew, ale potem powrócił smutek i rozpacz. Nie hamowałam już łez. Nie widziałam takiej potrzeby. W końcu dotarłam w jakiś ślepy zaułek. Osunęłam się po ścianie i ukryłam twarz w dłoniach. Zalały mnie wspomnienia. Uśmiech mojej mamy, wiecznie rozwichrzone włosy taty. Byli razem szczęśliwi, czułam to. Kochali się tak mocno, że w końcu umarli razem. Trzymając się za ręce…

- Hej, wszystko w porządku?

Nie znałam tego ciepłego głosu. Poniosłam wzrok. Nade mną stał chłopiec o skórze koloru miodu i czarne włosy. Jego oczy były koloru morza. Był wysoki, na pewno sporo wyższy ode mnie. Miał na sobie jeansy, białą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę oraz wysokie czarne buty.

- Wszystko w porządku?

Powtórzył, a ja pokręciłam przecząco głową i znów zalałam się łzami. Chłopiec usiadł obok mnie i objął ramieniem. Nie odtrąciłam jego ręki, nie miałam na to siły. Był zaskakująco ciepły. Trochę jakby miał gorączkę.

- Uspokój się, już dobrze. Wszystko będzie ok.

Wszystko będzie ok. Tak powiedział do mnie tata kiedy pokłóciłam się z mamą po raz pierwszy w moim życiu. Miałam wtedy jedenaście lat. Poszło o to, że nie chciałam posprzątać pokoju. Tak wiem, błahy powód, ale cóż na to poradzę? Krzyknęłam na nią, powiedziałam, że jej nienawidzę, że nie ma prawa mnie do niczego zmuszać. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że w jej zawsze spokojnych oczach zaszkliły się łzy, zalśnił gniew. Trzasnęła drzwiami, a zalana łzami otworzyłam okno w moim pokoju i wdrapałam się na drzewo. Tata wszedł za mną. I mnie uspokoił. Potem przeprosiłam mamę. Wybaczyła mi. Ale ja żałuję do dzisiaj.

Oparłam głowę na ramieniu bruneta i zamknęłam oczy. Czułam się zagubiona i pusta w środku. Nie miałam serca, wątroby, trzustki ani innych organów. Był tylko ból.

- Agnes! Agnes!

To była Eloise. Ale ja nie wstałam. Usłyszałam jej energiczne kroki.

- Ach, tutaj…jesteś.

Powiedziała. Podniosłam głowę. Chłopiec zdjął rękę z mojego ramienia i wstał. Potem wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją bo obawiałam, że sama mogłabym się nie podnieść. Gdy już stanęłam na nogach spojrzałam na Eloise. Była ubrana w czarne rybaczki i czarną koszulkę z białym kołnierzykiem. Jej oczy, tak podobne do tych mamy, były zaczerwienione. Proste włosy związała w warkocz. Gdyby je rozpuściła pewnie sięgałby jej do pasa. Na nogach miała czarne buty na małym obcasie. Jest piękna pomyślałam nagle. Tak jak mama. Ale ta myśl nie była bolesna. Tylko szczęśliwa.

- Poprosiłam Chrisa, żeby pokazał ci Norę, ale widzę, że nawalił.

Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Norę?

Powtórzyłam.

- Tak mówimy na to miejsce. Widzę, że już poznałaś Robina.

Spojrzałam na chłopca. Uśmiechnął się do mnie.

- Właściwie to nie wiedziała jak mam na imię. A ty Eloise odebrałaś mi przyjemność przedstawiania się jej osobiście.

- Och. – powiedziała Eloise – W takim razie przepraszam. Ale niestety nie mamy czasu na większe ceregiele. Trzeba zwołać naradę, a Agnes musi się jeszcze ubrać.

Eloise złapała mnie za rękę i pociągnęła korytarzem. Odwróciłam jeszcze głowę i spojrzałam na Robina. Pomachał mi i uśmiechnął się wesoło.

 

 

Eloise posadziła mnie na krześle przed toaletką w swoim pokoju.

- Muszę pożyczyć jakieś swoje ubrania. Mogą być trochę za duże, ale cóż. Ach, jesteś taka drobniutka.

Zanurkowała w szafie, a ja miałam czas żeby przyjrzeć się sobie w lustrze. Moje włosy tak się przez noc skołtuniły, że wyglądały jak gąszcz. Sięgały mi do szczęki. Gdybym tylko miała blond włosy jak mój tata mogłabym wyglądać jak aniołek. Ale niestety moje włosy są czarne jak smoła i w dodatku poskręcane w strąki. Moje oczy o dość niecodziennej barwie podobno odziedziczyłam po mojej babce Marie. Od zawsze byłam blada jak płótno. Mama zawsze mówiła, że jestem jak Królewna Śnieżka. Może i byłam do niej podobna. Też miałam kruczoczarne włosy, bladą cerę i czerwone usta. Ale wątpię żeby Śnieżka kiedykolwiek wlazła na drzewo, złamała rękę albo się pobrudziła.

Eloise w końcu wynurzyła się z szafy i naręczem ubrań w ręce.

- Mam nadzieję, że nie będą wisiały na tobie za bardzo.

Powiedziała podając mi ubrania. Potem wskazała mi drzwi do łazienki. Poszłam we wskazanym kierunku. Gdy już zamknęłam za sobą drzwi i zdjęłam przepoconą koszulę spojrzałam niechętnie na ubrania.

- Cóż, raz kozie śmierć.

Mruknęłam.

 

 

Dziesięć minut później stałam przed Eloise ubrana w czarne jeansy, czarną koszulę, którą musiałam podwinąć w rękawach cztery razy i glany. Kobieta uśmiechnęła się do mnie z uznaniem.

- Ślicznie wyglądasz. Prawie jak twoja mama. A teraz choć, uczeszę cię.

- Wątpię czy dasz radę zrobić cokolwiek z tym co mam na głowie.

Powiedziałam siadając na krześle przed toaletką.

- Hmmm…zobaczymy.

Brunetka wzięła do ręki szczotkę i zaczęła delikatnie rozczesywać moje włosy.

- Eloise – zaczęłam z wahaniem – dlaczego zbierasz naradę?

- Musimy omówić parę spraw, miedzy innymi to, że tu zostajesz. Oraz sprawę Stefanii i Jonathana.

Zesztywniałam na dźwięk imion moich rodziców. Zamrugałam by odgonić łzy. Musiałam zadać jeszcze jedno pytanie. Bardzo ważne.

- A czy ta narada ma jakiś związek z…tym wampirem, o którym mi opowiadałaś?

Eloise przygryzła wargę, a na jej czole pojawiał się zmarszczka.

- Tak. – powiedziała w końcu – Zebranie będzie dotyczyć również jego. Musisz wiedzieć, że tak naprawdę nazywa się Martin Williams. Stanowi on wielkie zagrożenie dla Łowców, ponieważ ma po swojej stronie nie tylko Wampiry, ale również niektóre Złe Wilkołaki.

- Wilkołaki?

Powtórzyłam. Więc istniały Wilkołaki? Co jeszcze? Wróżki, Elfy, Krasnoludy?

- Nie opowiadałam ci o nich?

Zdziwiła się Eloise.

- Nie.

- W takim razie zrobię to teraz. Wszystkie Wilkołaki wywodzą się od jednego przodka; Boga Księżyca. Tak samo jak wszyscy Łowcy pochodzą od Boga Słońca, a wszystkie Wampiry od Boga Podziemi. Legenda głosi, że Bóg Słońca i Bóg Księżyca zawsze żyli ze sobą w zgodzie natomiast Bóg Podziemi próbował zniszczyć ich obu. Jednak, gdy zrozumiał, że walka nie ma sensu, zaczął przeciągać niektóre z Dzieci Księżyca na stronę podziemi. I tak plemię Wilkołaków podzieliło się na dwie strony; Dobre Wilkołaki i Złe Wilkołaki. Te dobre walczą po stronie Łowców, ale te złe wspierając Wampiry.

- Jak wyglądają Wilkołaki?

Zaciekawiłam się. Eloise się uśmiechnęła.

- Jednego z nich już spotkałaś.

Powiedziała.

- Jak to?
- Robin jest Wilkołakiem.


                                                                    &&&&&
Hej, hej, hej
Wiem, że długo mnie to nie było, ale zaczął się rok szkolny nie bardzo miałam czas na komputer.
Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba. Jest trochę miłości, trochę radości i trochę bajdurzenia. Jak dla mnie wszystko gra.
Pozdro,
Truskawka <3

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 2 Go fuck yourself


,,Miłość jest podobna do wiary. Człowiek kocha, bo kocha bez głębszej tego przyczyny''
Romain Rolland

 

- Moi – odchrząknęłam – Moi rodzie taż byli Łowcami? Dlaczego, dlaczego oni mi tego nie powiedzieli?

Spytałam w końcu.

- Żeby cię chronić. – odpowiedziała Eloise – Twoja matka i ojciec nie chcieli abyś należała to tego świata. Robili co mogli, wyprowadzili się daleko od naszej siedziby, ukryli wszystkie dowody świadczące o tym, że są inni. Że ty jesteś inna.

- Ale dlaczego? – nie dawałam za wygraną – Przed czym chcieli mnie chronić? Przecież sami żyli w dokładnie taki sam sposób.

Eloise przygryzła wargę. Mama zawsze tak robiła, kiedy była zdenerwowana. Odgoniłam tę myśl. Teraz muszę mieć jasny umysł. Potem będzie czas na żałobę.

- Ten wampir, który ich zabił. On…on tak naprawdę pragnął ciebie.

Wytrzeszczyłam oczy.

- Co to znaczy?

Zapytałam zaskoczona.

- To znaczy, że chciał cię…poślubić.

Myślałam, że za chwilę wyjdę z siebie i stanę obok. Byłam w stanie uwierzyć w to, że istnieli Łowcy i Wampiry. Byłam w stanie uwierzyć w to, że sama byłam Łowcą tak jak moi rodzice. Ale to, że jakiś parszywy Wampir chce mnie poślubić? To już było ponad moje siły. Zerwałam się z miejsca, koc opadł mi z ramion. Nadal ściskałam kubek z czymś co przypominało herbatę.

- Poślubić?!

Krzyknęłam. Nie byłam pewna czy jestem bardziej zła, czy zaskoczona. Eloise spojrzała na mnie spokojnie.

- Agnes usiądź, proszę…

Nie dokończyła, ponieważ jej przerwałam.

- Nie będę wychodzić za nikogo za mąż! –krzyknęłam – Nie chcę! Jeszcze dwa dni temu moi rodzice żyli, a moje życie wyglądało całkiem normalnie! A teraz okazuje się, że jestem jakimś Łowcą, że moim przeznaczeniem jest zabijać Wampiry, i że jeden z chce mnie poślubić!

Zaczęłam chrypieć, oczy zaszły mi łzami. Nie chciałam takiego życia. Chciałam na powrót być nastolatką, której największym problemem jest to, że nie może znaleźć ładowarki do telefonu. I chciałam wrócić do moich rodziców. Przytulić się do nich i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze.

- Rozumiem wszystko Agnes. Rozumiem jak się czujesz…

- Nie, nie rozumiesz. – jęknęłam żałośnie. Nie miałam już siły na gniew i krzyki – Ty od początku swojego życia byłaś przygotowywana do tego wszystkiego. Do rzeczywistości.

Nagle drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Stanęło w nich dwóch chłopców na oko starszych ode mnie.

Byli swoimi kompletnymi przeciwieństwami. Jeden z nich był blondynem o zielonych oczach. Sprawiał wrażenie kogoś komu można zaufać.

Drugi był zdecydowanie bardziej mroczny. Miał brązowe włosy lekko pozakręcane na końcach. Jego oczy były czarne jak dwa węgielki. Wyglądał jakby był za pogrzebie największego wroga i starał się nie roześmiać.

Oboje zawiesili na mnie wzrok mniej więcej w tym samym momencie. Pierwszy ocknął się blondyn.

- Przepraszamy Eloise, ale usłyszeliśmy krzyki i chcieliśmy sprawdzić czy wszystko w porządku.

Powiedział.

- Wszystko w porządku James. – zapewniła Eloise – Po prostu Agnes trochę się zdenerwowała, ale już wszystko w porządku.

Znów poczułam gniew.

- Nic nie jest w porządku! – krzyknęłam – Moi rodzice nie żyją, a to wszystko w co do tej pory wierzyłam okazało się kłamstwem! Nie wiem po co ja tu w ogóle przyszłam.

Odstawiłam kubek z zimnym już płynem na stół z takim impetem, że rozlał się po nim. Potem chwyciłam plecak i przepchnęłam się przez drzwi. Nie zaszłam jednak daleko, ponieważ dogoniła mnie Eloise.

- Agnes poczekaj. – powiedziała chwytając mnie za łokieć – Przepraszam jeśli cię uraziłam. Nie chciałam bagatelizować tego przez co przeszłaś.

Wyglądała tak jakby coś ją bolało. Bardzo możliwe, że tak właśnie było. Że ją tak jak mnie bolało serce. Chciałam powiedzieć, że to ja przepraszam. Ale nie zdążyłam bo zemdlałam.

 

We śnie gonił mnie wielki zmutowany komar. Miał ciało owada, ale twarz człowieka. Miał twarz zabójcy moich rodziców. Biegłam i biegłam mijając po drodze inne zmutowane zwierzęta. Był tam pies z twarzą mojej mamy, ptak z twarzą taty i kot z twarzą Eloise. Krzyczałam do nich żeby mi pomogli, ale oni tylko patrzyli jak uciekam, jak upadam i jak mój prześladowca unosi nade mną igłę. Uniosłam ręce i chwyciłam ją wykręcając w bok. Komar krzyknął z bólu, a ja wbiłam paznokcie w kolec. Poleciała krew.

 

Obudziłam się gwałtownie i zaskoczeniem stwierdziłam, że krzyk komara to wcale nie był krzyk komara, a ja nie trzymam w rękach śmiercionośnego kolca tylko ludzką rękę. Szybko puściłam obcą, zakrwawioną kończynę. Uniosłam głowę. Nade mną stał czarnowłosy chłopiec, którego wcześniej widziałam w pokoju z kominkiem. Oglądał ranę na ręce, którą sama mu zrobiłam.

- Przepraszam.

Powiedziałam cicho, a chłopak zwrócił na mnie wzrok. Uśmiechnął się łobuzersko.

- Czy można wiedzieć dlaczego mnie tak potwornie okaleczyłaś?

Zapytał.

- Miałam zły sen.

Powiedziałam. Chłopak pokiwał głową.

- Jesteś Agnes, prawda?

- Tak.

Odpowiedziałam już nieco głośniej.

- Ja nazywam się Christopher Jephsen. Ale wszyscy mówią na mnie Chris.

- Jesteś Łowcą?

- Tak. Wszyscy w tym budynku są Łowcami. Ty też.

- Skąd wiesz?

Zapytałam chociaż już się spodziewałam jaka będzie odpowiedź.

- Od Eloise. – odpowiedział – Powiedziała nam wszystkim kim jesteś i co tu robisz wczoraj wieczorem.

- Nam wszystkim?

Powtórzyłam. Czyżby byli tu jeszcze inni ludzie?

- Tak. Oprócz nas, czyli mnie, Eloise i Jamesa są tu jeszcze…a z resztą wstań to ci wszystko pokażę.

Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem, a w jego oczach błyszczały ogniki podekscytowania. Zrzuciłam z siebie kołdrę i z zaskoczeniem stwierdziłam, że mam na sobie sukienkę z cienkiego, białego materiału. Nie zdążyłam jednak zapytać, gdzie są moje ubrania, ponieważ Chris złapał mnie za nadgarstek z pociągnął w górę, tak abym znalazła się na nogach.

- To co, idziemy?

Spytał i nie czekając na odpowiedź wyciągnął mnie z pokoju. Zaczęliśmy iść korytarzem z drewnianą podłogą i ścianami z tapetą w jaskółki. Było w nim bardzo jasno i nie pasowało mi ( podobnie jak tapeta z jaskółkami i radosny sposób bycia Chrisa ) do zabójców Wampirów. Chris chyba dostrzegł mój zdziwiony wyraz warzy bo zapytał

- Inaczej sobie to wszystko wyobrażałaś?

Pokiwałam głową.

- Oczekiwałaś potępieńczych jęków albo duchów?

Uśmiechnął się kpiąco, a ja poczułam się urażona.

- Duchów może nie, ale myślę, że kilka pajęczyn i loch zaspokoił by moje oczekiwania.

Warknęłam sarkastycznie, a Chris zaśmiał się cicho.

- Wiesz, rzeczywiście mamy loch.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

- Pokażesz mi go?

Spytałam zaskoczona własną śmiałości. Chris przechylił głowę i spojrzał na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem. Jego wzrok był tak intensywny, że poczułam się zakłopotana. Mimo to wytrzymałam jego spojrzenie.

- Na początku myślałem, że jesteś niezrównoważona.- oznajmił spokojnym tonem – Potem, że jesteś nieśmiała.

- A teraz? – spytałam, wiedząc jednocześnie, że pytanie jest głupie – Co o mnie myślisz?

- Sam nie wiem. – powiedział przybliżając się do mnie nieznacznie – Może, że jesteś ciekawska?

Znów się do mnie przybliżył, a ja wciągnęłam powietrze ze świstem. Stał zdecydowanie za blisko.

- To…to pokażesz mi te lochy?

Wyjąkałam, a Chris się uśmiechnął. Ale nie odsunął ani o milimetr. Uniósł rękę u musnął dłonią mój policzek. Odskoczyłam jak oparzona, a Chris wybuchnął śmiechem.

- Idiota.

Syknęłam i przymrużyłam oczy. Chłopak przestał się śmiać.

- Ależ skąd ten gniew u tak pięknej pani?

Spytał niby to poważnym tonem, ale czułam w jego głosie sarkazm.

- Wal się.

Powiedziałam wściekła, odwróciłam się na pięcie i poszłam przed siebie.

                                                              &&&& 
Witajcie,
Boże już jutro zaczyna się rok szkolny. Nieee! Jeżeli chodzi o rozdział to mam nadzieję, że udany. Były wrzaski, było mdlenie i była kłótnia. Już w następnym rozdziale nasza Agnes zacznie ryczeć, ale ktoś pomoże jej w niedoli.
PS. Z uwagi na szkołę rozdziały będą pojawiały się rzadziej. Are you sad? Me too...
Do napisania
T <3     

sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 1 Like you

Rozdział 1 Like you

,,Byłoby zbyt straszne, gdyby śmierć kończyła wszystko''
Henryk Sienkiewicz
     Boję się. Naprawdę się boję. Sama nie wiem czego. Może tego, że okaże się iż kobieta ze zdjęcia wcale nie jest siostrą mojej mamy. Że nie mam żadnej rodziny i zostałam sama na ty świecie? Że ci obcy ludzie zrobią mi krzywdę? Ale na razie nie należy się tym przejmować. Teraz trzeba zebrać wszystkie potrzebne rzeczy i racjonalnie myśleć.

 

    Stoję przed wielką kamienicą zbudowaną z czarnego kamienia. Jestem ubrana w jeansowe spodnie, które są trochę za krótkie, bluzkę w czarne białe paski oraz czarną i trochę za durzą bluzę. Na stopy założyłam granatowe adidasy. Złote oczy utkwiłam w drzwiach. Za plecach mam plecak, który zwykle noszę do szkoły. Wpakowałam do niego scyzoryk, pamiętnik mojej mamy oraz zdjęcie, które w nim znalazłam i pieniądze (2000 dolarów) z portfela mamy i taty. Zapukałam. Chwilę później w drzwiach stanęła niska, pulchna kobieta. Miała mysie włosy i oczy koloru nieba w nocy. Nie była ładna, ale coś w jej wyglądzie sprawiało, że się jej nie bałam.

- W czym mogę ci służyć dziecko?

Spytała nieco zaskoczona. Wyciągnęłam zdjęcie, pokazałam jej i powiedziałam

- Szukam tej kobiety.

Wskazałam na domniemaną siostrę mojej mamy. Kobieta wzięła do ręki zdjęcie i aż westchnęła ze zdumienia. Potem krzyknęła w głąb domu

- Eloise, Eloise ktoś do ciebie!

Prawie natychmiast zjawiła się kobieta ze zdjęcia. Wyglądała tak znajomo, że cudem powstrzymałam chęć podbiegnięcia do niej i przytulenia się. Miała takie same kocie oczy jak mama, takie same czarne włosy. Eloise spojrzała na mnie, a jej oczy rozszerzyły się.

- Jesteś córką Stefi?

- Tak.

Powiedziałam słabo.  

- Co się stało? Twoja matka przysłała cię tutaj?

- Nie! – zaprzeczyłam gwałtownie, ale potem głos mi się załamał – Moja…moja mama…ona nie, nie żyje.

Wykrztusiłam wreszcie. Do tej pory nie wiem jak wtedy udało mi się opanować szloch.

Eloise spojrzała na mnie tymi brązowymi oczami jak u mamy. A potem chwyciła mnie w objęcia i zaczęła płakać. Dziwnie się poczułam. To była w sumie obca kobieta. Widziałam ją pierwszy raz w życiu, ale mimo to podobieństwo jej do mamy kazało mi jej zaufać. To nie było racjonalne, a nie logiczne. Raczej…instynktowne.

 

Piętnaście minut później siedziałam opatulona kocami i dużym, wygodnym fotelu przy kominku. Do ręki miałam wepchnięty kubek z czymś co wyglądało na herbatę, ale pachniało jak pomarańcze. Tuż obok mnie usadowiła się Eloise. Kobieta, która otworzyła mi drzwi gdzieś zniknęła.

- Opowiedz mi wszystko po kolei, Agnes.

Poprosiła łagodnym tonem. Więc opowiedziałam o tym jak mama poszła do kuchni żeby przygotować śniadanie i zraz potem z niej wybiegła z twarzą białą jak prześcieradło, jak tata zerwał się z fotela i spojrzał na nią pytająco, mama powiedziała tylko ,,Wrócił’’. O tym jak wepchnęli mnie do szafy i jak do domu wpadł ten straszny człowiek o bladej twarzy i krwistoczerwonych ustach. O tym jak rodzice stali nieruchomo. Nie błagali, nie prosili o litość. Kto jak kto, ale oni na pewno by tego nie zrobili. O tym jak mężczyzna wyciągnął pistolet i zastrzelił ich tak po prostu. Bez cienia współczucia.

Eloise słuchała tego wszystkiego ze stoickim spokojem. Gdy skończyłam kobieta chwyciła mnie za rękę w matczynym geście.

- A teraz posłuchaj. – powiedziała powoli – Czy twoi rodzice kiedykolwiek opowiadali ci o, o Łowcach?

- Nie.

Odpowiedziałam równie ostrożnie. Zaczynałam mieć dziwne wrażenie, że to co teraz usłyszę nie będzie należało do najlepszych wieści w moim życiu.

Brunetka pokręciła głową.

- Tak właśnie myślałam. No cóż skoro nic o nich nie wiesz nie możesz też znać powodu, dla którego twoi rodzice zginęli. To nie było zwykłe morderstwo. A mężczyzna, który to zrobił wcale nie był człowiekiem.

- Jak to nie był?

Spojrzałam na nią jak na wariatkę. Skoro nie był człowiekiem to kim? Małpą? Eloise zacisnęła palce na mojej ręce.

- On był wampirem Agnes.

- Słucham?

Zapytałam pewna, że się przesłyszałam.

- Wampirem, czyli istotą, która urodziła się po raz kolejny tylko, że martwa.

- Nie można urodzić się martwym.- zaprotestowałam – I nie ma czegoś takiego jak wampir.

Eloise uśmiechnęła się smutno.

- To zrozumiałe, że mi nie wierzysz. To wszytko jest dla ciebie nowe. Ale mimo to musisz mi zaufać, bo naprawdę chcę ci pomóc. To zależy tylko od ciebie, czy zechcesz mnie wysłuchać czy nie.

Zastanowiłam się. Z jednej strony to wszystko nie miało sensu. Ale z drugiej...

- Dobrze, zgadzam się.

Powiedziałam. Eloise uśmiechnęła się.

- Istnieją dwie rasy; Łowcy i Wampiry. Te rasy są sobie bardzo wrogie i od wieków zwalczają się nawzajem. Ta walka nie ma końca, ale zapewnia równowagę we wszechświecie. Wampiry są bezwzględnymi zabójcami, którzy nie znają takiego pojęcia jak litość, miłość albo współczucie. Zabijają dla samej przyjemności zabijania. Zresztą sama wiedziałaś. –  zamrugałam gwałtownie aby ukryć łzy – Natomiast Łowcy są bardzo podobni do ludzi. Są jednak silniejsi, inteligentniejsi, odważniejsi. Jak ideał człowieka. I oczywiście przechodzą odpowiednie szkolenie. A ty Agnes, ty jesteś Łowcą. Jak ja. I jak twoi rodzice.
 
                                                                   &&&&&&
I jest rozdział pierwszy. Mam nadzieję, że go za bardzo nie schrzaniłam. W następnym rozdziale dowiecie się dlaczego tajemniczy Wampir zmordował rodziców Agnes. Będzie też rozmowa Chrisa z główną bohaterką.
Do napisania.
T <3

 

piątek, 15 sierpnia 2014

PROLOG


Prolog
 
,,Trzeba iść przez życie tak cicho, aby nas Los nie zauważył''
William Somerset Maugham
 
 

     Jak powinno się czuć szesnastoletnie dziecko, które zaledwie dobę temu widziało śmierć swoich rodziców? Jak powinno postąpić? Nie wiem. Wiem natomiast co ja zrobiłam.

Najpierw starałam się opanować szloch. Gdy już mi się to udało wyszłam z szafy, w której mama kazała mi się ukryć. Staram się nie patrzeć na martwe ciała moich rodziców, na ich krew. Ale nie mogłam się opanować i spojrzałam. Potem był już tylko płacz. Rozdzierający płacz, który sprawił, że upadłam na kolana, a potem położyłam się obok moich rodziców. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że to wszystko to był tylko zły sen. Zasnęłam.

Gdy się obudziłam było ciemno. A ja czułam się jakby ktoś wypompował ze mnie wszystkie emocje. Zamiast żalu był tylko ucisk w okolicy serca. Wiedziałam przecież, że nie mogę tak tu leżeć i czekać aż umrę z wycieńczenia. Wstałam więc i uważając by nie potknąć się o nic w ciemnościach wyszłam z salonu. Dopiero gdy znalazłam się w korytarzu odważyłam się sięgnąć do kontaktu i zapalić światło. Dało mi ono poczucie bezpieczeństwa. Usiadłam na ziemi i zastanowiłam się nad tym co mogę zrobić w takiej sytuacji. Nie miałam żadnych krewnych, do których mogłabym się zwrócić. Na policję nie chciałam dzwonić, ponieważ wiedziałam, że wyląduję w Domu Dziecka. A tego chciałam uniknąć za wszelką cenę. Co więc mogę zrobić? Może rodzice mają w swoim pokoju coś co mogło by mi pomóc? pomyślałam. Pamiętam, że nie myślałam w tedy o tym co to takiego mogłoby być. Wstałam i poszłam na górę do sypialni rodziców. Zapaliłam światło i ruszyłam w kierunku szafek nocnych. Otworzyłam po kolei wszystkie szuflady, ale nie znalazłam nic co mogło by mi pomóc. Sfrustrowana usiadłam na łóżku. I poczułam pod pupą coś twardego. Wstałam i ogarnęłam kołdrę. Moim oczom ukazał się gruby zeszyt z czarną okładką. Chwyciłam go i otworzyłam za pierwszej stronie było napisane; Ten pamiętnik należy do Stefanii Jonson. Jonson to nazwisko panieńskie mojej mamy. Zaczęłam gorączkowo przeglądać zeszyt. Nagle wypadło z niego zdjęcie. Podniosłam je. Przedstawiało moją mamę, tylko dużo młodszą oraz jakąś kobietę bardzo do niej podobną. Czy to możliwe aby moja mama miała siostrę, a ja nic o tym nie wiem? Odwróciłam zdjęcie. Z drugiej strony był zapisany adres; Royal Street 36. Wiem, gdzie to jest. I zamierzam tam pójść.
 
                                                                        ***
 Hej, hej, hej,
    Witam serdecznie na moim nowym blogu. Będzie on opowiadał o przygodach szesnastoletniej Agnes Underwood. Mam nadzieję, że nie rozczaruję Was moimi coraz bardziej dziwnymi pomysłami ( pogarsza mi się z wiekiem ;) ).
ENJOY!
T <3